Najnowszy post

Paryski sen


Dziś przychodzę do Was z kolejnym opowiadaniem. Wcześniejsze znajdziecie tu: [KLIK]

Kilka słów wyjaśnień:

Opowiadane było pisane z myślą, że będzie fragmentem powieści. Musicie być świadomi tego, że to opowiadanie składa się tylko z barwnych opisów, gdzie dialogi praktycznie nie występują. I nie, nigdy nie byłam w Paryżu…

Miłego czytania!


II miejsce w Bolesławskiej Zimie Prozy, 2013 r.

„PARYSKI SEN”



Idę chodnikiem w stronę bloku. Zmarznięte ręce trzymam w zielonkawym płaszczu do kolan. Słońce zaczyna powoli wynurzać się zza dachów domów. Nigdy nie lubiłam wschodów słońca. Wchodzę przez bramę o czarnych, masywnych drzwiach, których nie da się zamknąć. Wsiadam do windy, w której czuć zapach imprezowego wieczoru. Papierosowa woń przypomina mi o nim…
            Po raz pierwszy spotkałam go w barze. W dłoni trzymał szklankę z whisky. Nie zauważył mnie. Poprawił niesforną czuprynę ciemnych włosów, zapalił kolejnego papierosa. W zamyśleniu wypuścił dym z płuc, opróżnił szklankę i gestem dłoni wezwał kelnera, który dolał mu trunku. Zmrużyłam oczy, by móc lepiej mu się przyjrzeć. Coś w głębi duszy podpowiadało mi, że ten mężczyzna skrywa niejedną tajemnicę. Z zaciekawieniem lustrowałam jego wysportowaną sylwetkę, śledziłam płynne ruchy. On, odrobinę znużony, oparł łokcie o barowy blat. Jakby wyczuł czyjś wzrok na karku, nieoczekiwanie odwrócił się i rozejrzał po ciemnej sali. Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie. Przez chwilę przyglądał się moim sarnim piwnym oczom. Dokładnie śledził podnoszący się płytko dekolt, czerwoną kusą suknię z wcięciem prawie do biodra, którą specjalnie założyłam dla Krzysztofa. 
Odwrócił się, zauważywszy, ile czasu mi poświęcił. Zgasił papierosa w czarnej, szklanej popielniczce. Uśmiechnęłam się kokieteryjnie. On wstał i ruszył w moim kierunku. Czerwone światło lamp rzuciło niebezpieczny cień na jego kwadratową twarz. Gdy mnie mijał, jego czarne oczy zalśniły dziwnym blaskiem. Poczułam przyjemny ucisk w żołądku. Spojrzałam na zegarek. Krzysztof spóźniał się już godzinę. Jak zawsze. Z powodu złości i niewytłumaczalnego zaintrygowania mężczyzną, ruszyłam za nim. Czekał na mnie przy wyjściu. Przyjrzałam się jego starannie dobranemu strojowi. Czarny garnitur szyty na miarę z najlepszej jakości materiału, wypolerowane, skórzane buty za kostki, tego samego koloru. Ciemny płaszcz, który wlókł się za nim po ziemi. Opatuliłam ramiona białym szalem. Nie był zdziwiony moim nagłym przyjściem. Wyciągnął w moją stronę dłoń, a ja ją przyjęłam.
Dwoje nieznanych sobie ludzi w ciszy ruszyło przez paryskie, opustoszałe ulice, trzymając się za ręce. Coś w głębi nas nakazywało nam oddać się chwili. To coś zburzyło wszystkie moje zasady, których pilnie przestrzegałam przez całe życie. To coś zawładnęło mną niczym śmierć włada wojną…


Skulona leżałam na łóżku oświetlona pomarańczowymi smugami światła ulicznych latarni. Przez białe zasłony wdzierały się do ciemnego pokoju, w którym jedynymi odgłosami były tykanie antycznego zegara i równomierny oddech nagiego mężczyzny śpiącego tuż obok mnie. Wsłuchiwałam się w odgłosy zewnętrznego świata, który chciał przeszkodzić mi w tych kameralnych chwilach z nieznajomym człowiekiem.
Gdzieś jedzie karetka. Gdzieś zamiauczał kot. Gdzieś się coś potłukło. Ktoś otwiera skrzypiące drzwi. Ktoś włącza radio. Ktoś zapala gaz. Ktoś mówi nieprzerwanie. Ktoś tłumi okrzyk miłosnego zapomnienia...
Ktoś, gdzieś…
Cicho wstałam z łóżka. Bezszelestnie poruszałam się po ciemnym mieszkaniu. Wyostrzyłam wzrok, by przejrzeć w salonie zdjęcia w srebrnych ramkach zawieszonych tuż nad kominkiem, w którym dawno nie palił się ogień.
 On, stojący na szczycie walijskiej góry, przyglądający się rozjuszonemu morzu, które wściekle rozbija się falami o skały. On, pozujący w ogrodzie obok starego pałacyku, z blondynka o owalnej twarzy radośnie uśmiechniętej. Jej oczy mają barwę spokojnej, jasnej zieleni. Zdjęcie z jego liczną rodziną. Stoi w samym środku, otoczony z lewej strony masywnym ojcem, a z prawej naburmuszoną, chudą matką.
Odziedziczył po ojcu wyprostowaną, dumną sylwetkę, muskularne, rozbudowane ramiona i nieprzeciętny wzrost. Rodzicielka podarowała mu czarne oczy, okolone długimi, ciemnymi rzęsami, których pozazdrościłaby mu niejedna kobieta, oliwkową cerę i karmazynowy kolor ust.
On, z małym chłopcem w gruzowiskach jakiegoś zamczyska. On, na balu z przyjaciółmi, przyciska do swej wysportowanej sylwetki drobną kobietę o marzycielskich, dziewczęcych oczach. W policzkach ma delikatne dołeczki. Kręcone, czarne włosy spływają po jej wyprostowanych plecach gęstymi pasmami. Jest szczęśliwa. On też.
Zdałam sobie sprawę, że on rzadko uśmiecha się na fotografiach. Skierowałam kroki w stronę kuchni. Spoglądałam na Paryż z okna nad kuchennym blatem. Miasto powoli wstawało do życia, a w tle samotna wieża Eiffla czuwała nad jego przebudzeniem. Sekwana płynęła spokojnym nurtem. Ludzie, choć była dopiero piąta w piątek, podążali do pracy, wracali do domów lub szli zakupić poranną gazetę i świeże, ciepłe bułeczki. Ich ruchy były powolne, delikatne. Zaczęły grać kościelne dzwony. Spojrzałam w malownicze niebo. Błękit toczył walkę z czerwienią. Gdzieniegdzie pojawił się subtelny róż. Choć w Paryżu częstym zjawiskiem są nagłe, obfite deszcze, ten dzień to zapowiedź wiosny. Bez opadów, z dużą ilością słonecznych promieni.
Westchnęłam. Było mi tak dobrze. Radość jest ulotna. Umyślnie przeciągałam powrót do sypialni, lecz musiałam odejść. Przez chwilę przyglądałam się nieznajomemu, słodko śpiącemu na brzuchu. Idealnie zarysowane mięśnie. Rozbudzona czupryna czekoladowych włosów. Długie, czarne rzęsy rzucały oliwkowe cienie na jego policzki. Ubrałam się powoli. Rzuciłam mu ostatnie spojrzenie i odeszłam, nie poznawszy nawet jego imienia.


Uchylam okno, wpuszczając do środka zimny powiew wiatru. Jest marzec. Wiosna powoli przedziera się przez pierzynkę zimy, która delikatnie opatuliła tego roku Francję. Niebo koloru lazuru płonie. Znów przypominam sobie o spotkaniu z nieznajomym mężczyzną. Jego wspomnienia wkrada się codziennie do mych myśli.
Siadam na panelach tuż przy parapecie, na którym stoją czerwone donice z bazylią. Opieram głowę o różową ścianę. Odstąpiła mi to mieszkanie siostra mojej babki, którą poznałam trzy lata przed jej śmiercią. Pamiętam, gdy przyjechała po mnie na lotnisko. Ubrana w prawdzie futro z norek, miała mocno pomalowane karminową szminką pełne usta. Jej oczy w kolorze bursztynu miały smutny, melancholijny wyraz. Była znakomitą francuską poetką i znawczynią mody. Wzorowała się na ikonach kina XX wieku. Uwielbiała Marlenę Dietrich, Elizabeth Taylor i Vivien Leigh.
Przypominam sobie, gdy pierwszy raz weszłam do tego mieszkania.


Poczułam lekki podmuch wiatru. Czarna kotka sąsiadki wyłoniła się z ciemności, zjawiła się koło moich nóg cicho pomrukując. Pociągnęłam lekko za klamkę. Zawiasy skrzypnęły. Kot pewnie wskoczył do środka, a ja mniej pewniej ruszyłam jego śladem. Otaczała mnie ciemność. Lekka, a zarazem ciężka. Enigmatyczna.
Położyłam walizki przy drzwiach. Stałam w imponującym salonie. Jasność łunowego rogala oświetlała olbrzymi, czarny fortepian stojący w centrum pomieszczenia. Z zaciekawieniem przyglądałam się gwiazdom przez szybkę okrągłego okna dachowego.
W salonie stały stare meble - rzeźbiony w drewnie czereśniowym kredens, komoda, solidny stół, przystrojony malinowymi donicami z francuską lawendą, ozdobione ręcznie krzesła i kominek, na którym były rozłożone stare, czarno-białe zdjęcia. Przy nim stały dwa ogromne, białe fotele, przy których ustawiono stoliczki ze stertą książek i pożółkłymi kartkami, na których ciotka niegdyś utrwalała emocje. Kanapa z puchowymi poduszkami stała przy dwóch wielkich oknach zasłoniętych kremowymi, jedwabistymi zasłonami. Haftowane serwetki i cała gromadka różnorakich aniołków, stojących na dokładnie przemyślanych miejscach, dopełniały całości.
Poczułam orientalną woń. Pachniało cynamonem, jaśminem, żywicą i tuberozą. Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w tym salonie. Miałam wrażenie, że każdy z  antycznych mebli był tutaj na swoim miejscu, we właściwej perspektywie i oświetleniu. Nietknięty przez lata.
 Ponownie przebiegłam wzrokiem po pomieszczeniu.
Dziewiętnastowieczny gramofon stał w kącie obok nieużywanej maszyny do pisania. Zapomniane, zakurzone książki niestarannie poukładane, gniotły się w kredensie. Podłoga skrzypiała z każdym moim krokiem.
Resztę mieszkania urządzono z tym samym gustem i precyzją. Kuchnia była mała, wypełniona starymi dębowymi meblami z dozą nowoczesności. Zmywarka do naczyń, niszczarka śmieci. Oświetlały ją dwie odrestaurowane lampy naftowe o dużych kloszach wiszące przy wejściu.


Uśmiech rozweselił mi twarz na to ciepłe wspomnienie. Staruszka przeprowadziła się do małego pałacyku nieopodal …
Siadam przy maszynie do pisania, opatulam bawełnianym kocem ramiona. W ręce trzymam czerwono-żółte jabłko. Gryzę. Jest twarde, ale słodkie. Miąższ spływa mi po bladych ustach. Patrzę przez szklane dachowe kółko na niebo. Białe puszki suną wolno po lazurowej lukrecji. Biorę się za pisanie moich wspomnień, by nic nie uległo zapomnieniu.
            Zapomnienie pojawia się w wielu chorobach. Jednak u całkowicie zdrowych ludzi także występuje zapomnienie, jako normalny, powszechny proces utraty danych pamięciowych. A ja chcę pamiętać o moim szaro-barwnym życiu we Francji, w Paryżu...


                                                                       ***

            Jak zawsze o tej porze w sobotnie popołudnie siedzę w małej paryskiej kawiarence i popijam czarną kawę z mlekiem. Najcudowniejszy trunek, bez którego nie wyobrażam sobie dnia.
Rozmyślam o szesnastoletniej Manon, która nie dostała wczoraj chemii, ponieważ zachorowała na lekkie przeziębienie i dawka przepadła…
O małym Lou, który, chociaż chory na białaczkę, zawsze jest pełen energii i radości. Pielęgniarki i wolontariusze mówią na niego Lutin, co oznacza chochlik, diablik, figlarz. Ale po porcji chemioterapii jest od kilku dni senny, rozbity, zmęczony i bez życia. Gdyby tego było mało, pracownicy hospicjum nie mogą go zmusić do jedzenia. Nie ma nawet siły, by wstać z łóżka. Niby nic dziwnego, ale jego organizm coraz trudniej znosi chemię.
            Zawsze ubolewałam nad małym Lou, którego uwielbiam i mocno kocham, chociaż mu ciągle powtarzam, że  nie lubię dzieci. Ma dopiero dwanaście lat. Całe życie przed nim…
Lou, który z powodu choroby, w wieku dziewięciu lat musiał opuścić szkołę jest bardzo mądry. Uwielbia naukę języków obcych, historię i matematykę. I to właśnie te zainteresowania przybliżyły mnie do chłopca. Od dziecka ojciec - Francuz - z niezwykłą surowością wbijał mi do głowy przeszłość jego ojczystego kraju. Babka - poliglotka, rozmiłowała mnie w nauce hiszpańskiego, francuskiego i niemieckiego. Starszy o ponad dziesięć lat brat zaraził mnie miłością do czytania każdej książki, która wpadła mi w ręce. Lou przypomina mi mnie samą za młodu. Z uwagą przysłuchuje się opowiadanym mu historiom, pilnie uczy się gramatyki języków obcych i rozwiązuje zadania matematyczne na poziomie szkoły ponadgimnazjalnej.
            Miałam wielką nadzieję, że Lutin dożyje tych wspaniałych chwil, które go czekają, chociaż rokowania były marne. Nie dawano mu większych szans na przeżycie niż dwadzieścia procent.
           
                                                                       ***


            Przez trzy lata, które spędziłam w Paryżu, nie znalazłam odpowiadającej moim ambicjom pracy. By nie zalegać z czynszem i mieć choć niewielkie urozmaicenie w tym życiu przyjmowałam każde dorywcze zajęcie. Czasami robiłam biżuterię do butiku mojej przyjaciółki. Pomagałam krawcowej znad drugiego brzegu Sekwany. Wychodziłam z psami na spacer. Zmywałam podłogi w tutejszym barze, lecz najczęściej byłam kelnerką na prestiżowych  balach organizowanych w pięciogwiazdkowych hotelach i renomowanych restauracjach.
            Dzisiaj miałam pełnić rolę kelnerki na balu charytatywnym elity Paryża w hotelu Rose. Ubrałam ciemnofioletowy uniform i tanecznym krokiem ruszyłam pomiędzy gości. Z uśmiechem na twarzy chodziłam z tacą zastawioną kryształowymi kieliszkami wypełnionymi szampanem. Obok mnie wirowały damy w kosztownych sukniach i mężczyźni w czarnych smokingach. Z podium dla orkiestry płynęła cicha, spokojna muzyka. Odwrócona plecami do wejścia podziwiałam imponujący wystrój wnętrza. Nie zauważyłam nawet, że na sali zapanowało nieme zamieszanie.
-To Darcy, Benjamin Darcy - szeptały głosy za moimi plecami.
-Jaki on przystojny - pisnęła jakaś staruszka stojąca tuż obok mnie.
-I do tego adwokat - dopowiedziała jej przyjaciółka.
            Z zaciekawieniem odwróciłam się i spojrzałam w kierunku, w którym patrzyli pozostali. Taca wymsknęła mi się z rąk. Kryształowe drobinki rozsypały się na marmurowej posadzce. Huk metalu zagłuszył na chwilę muzykę. Z wybałuszonymi oczami patrzyłam na mężczyznę.
To jego „poznałam” w barze trzy tygodnie temu.
Niejakiego pana Benjamina Darcy’ego. 
            Wyprostowany stał na środku schodów. Jego wytworny garnitur opinał doskonałą sylwetkę. Lustrował otoczenie wrogim spojrzeniem, a gdy wydarzył się incydent z tacą, spojrzał na mnie przenikliwie. Towarzyszyła mu blondynka o owalnej twarzy ze zdjęcia w jego salonie.
            Muzyka znów zaczęła grać, ludzie znów zaczęli tańczyć i plotkować. Jakby ta enigmatyczna chwila rozegrała się tylko w mojej głowie. Pan Darcy i jego towarzyszka zeszli ze schodów, a do mnie podbiegł zdenerwowany szef, który zaczął przepraszać naburmuszoną kobietę oblaną przeze mnie szampanem. Zostałam zwolniona.
Bez pensji i napiwków wróciłam sennymi paryskimi alejkami do mieszkania. Usiadłam na schodach pomiędzy trzecim, a czwartym piętrem i wsłuchiwałam się przez długi, nieokreślony czas w ciszę.
Niespodziewanie czarne drzwi od bramy złowieszczo skrzypnęły. Przestraszona zamarłam w bezruchu. Kroki jednak ucichły na drugim piętrze. Ze spuszczoną głową wróciłam do mieszkania, w którym pachniało lawendą i bazylią.
Otulona bawełnianym kocem usiadłam w białym fotelu i odtwarzałam w pamięci wcześniejsze i dzisiejsze spotkanie z panem Darcy’m. Serce podpowiadało mi, że to przeznaczenie. Lecz może wszędzie dopatruję się jakichś znaków zesłanych przez los?Zasnęłam z przeświadczeniem, że to tylko zbieg okoliczności. Słodko-kwaśny zbieg okoliczności…

O Barso Re

Barso Re
Recommended Posts × +

8 komentarze:

  1. jak zwykle pociągające. No i cudowny Pan Darcy! Skradłaś moje serce

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajne opowiadanie :) Szkoda tylko, że nie byłaś w Paryżu. Mam nadzieję, że kiedyś planujesz go odwiedzić ;)

    Pozdrawiam, Alice
    z https://ourbooksourlive.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś na pewno się tam wybiorę :D

      Usuń
  3. O jejuuu Paryż! Cudowne opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń

Kłamałabym mówiąc, że nie interesują mnie komentarze. Umiem zmierzyć się z konstruktywną krytyką, ale przyjmę także miłe słowa. Wasze komentarze to wynagrodzenie mojego wysiłku, także jeżeli chcesz się odezwać – pisz!